Dzień 0 — Podróż! (Czyli: bilety po chińsku i 4 walizki)
Godzina 11:00. Jesteśmy na lotnisku. Lot o 13:40, więc mamy spory zapas czasu — wystarczający, żeby porządnie się denerwować.
Sześć okienek check-in czynnych. Kolejka spora, ale idzie do przodu. Wszystko wyglądało normalnie — gdyby nie to, że nasze bilety budziły pewne wątpliwości. A przynajmniej budziły je u mnie od tygodni.
Historia biletów, która mogła skończyć się katastrofą
W styczniu dostałem maila. Po chińsku. Z jednym zdaniem po angielsku: „your flight has been cancelled”.
Kilka godzin rozmów z Booking.com, biurem podróży, z którego bilety były kupione, kolejnymi konsultantami. Wynik? „Niestety, jedyne co możemy zrobić to zwrócić pieniądze.” Świetnie. Bardzo pomocne, dziękuję.
Na szczęście zadzwoniłem też bezpośrednio do Air China. Tam też nie było łatwo — „tym zajmuje się inny departament, odezwiemy się w ciągu kilku dni”. I wtedy stało się coś nieoczekiwanego: odezwali się. Wysłali nowe bilety na inny lot mailem. Ten sam termin, tylko na inne lotnisko w Tokio. OK!
Na wszelki wypadek napisałem tę informację do booking.com, na ich stronie jednak już do końca kwitł niewłaściwy lot – ten anulowany.
Ulga trwała krótko — przy próbie online check-in 1 dzień przed odlotem system wyrzucił błąd. Po chińsku. Bez tłumaczenia. Bez żadnej podpowiedzi co robić.
Tak więc mieliśmy bilety, które technicznie może działały, a może nie. Dowiemy się na miejscu.
Sukces ✅
Facet przy check-in wziął nasze paszporty — i bez słowa wydrukował karty pokładowe. Check-in przeszedł bez żadnego problemu.
Nadaliśmy 4 duże walizki: 2 pełne (ubrania, kosmetyki, wszystko co potrzebne), 2 puste (na fanty, które wrócą z Japonii). Ktoś zaplanował ten wyjazd z głową.
Potem security, kontrola paszportowa — wyjście poza strefę Schengen. Formalności za nami.
Samolot już czeka. Japonia — lecimy. ✈️🇯🇵

Boarding
Przy bramce zaczyna się robić ciekawie. Gazety rozłożone dla pasażerów? Chińskie. Komunikaty? Po chińsku i angielsku. Polskiego nikt tu nie używa — jesteśmy mniejszością.
Boarding poszedł sprawnie i bez niespodzianek. Wsiedliśmy, znaleźliśmy miejsca, upchaliśmy bagaż podręczny. Samolot w środku wygląda jak każdy inny — rzędy foteli, ekrany, wąska przestrzeń na nogi. Standardowy pakiet „10 godzin w pozycji półleżącej”.
Mój ekran działa tylko częściowo – wyświetla obraz, ale nie działa sterowanie. Przynajmniej da się wyłączyć 🙂



W samolocie o dziwo bardzo dobre jedzenie – 2 ciepłe posiłki, każdy to 2 dania do wyboru. Do tego dowolne ilości pysznej chinskiej wody kokosowej.


Pomimo wsparcia Melatoniny, spać się za bardzo nie dało – ciasno, głośno, płaczące dzieci, standard. Tak więc po 10 godzinach lotu, wymięci, wychodzimy na lotnisku w Pekinie.
🇨🇳 Pekin — transfer
Lotnisko Pekin Capital — samo w sobie doświadczenie. Tranzyt bez wizy, nie trzeba odbierać bagażu.







Po 4 godzinach na lotnisku, i kolejnych 2 litrach wody kokosowej, ruszamy dalej.
✈️ Pekin → Tokio
Po kolejkach, kamerach i instrukcji obsługi toalety — wsiadamy do drugiego samolotu. Mniejszy niż ten z Warszawy, ale wciąż pokaźny — 38 rzędów. 4 godziny lotu przed nami.
Na pokładzie znajomy kurczak z ryżem. Tym razem bez Jogurtu Polskiego.
Turbulencje były spore. Fajnie — lubimy to, choć akurat się zbiegło w czasie z kurczakiem. Połowa lotu przespana w pozycji na papierośnicę. Zdjęć brak — telefon pozostał w kieszeni, ponieważ nic nie było w stanie przymusić nas do aktywności.
I finalnie — po łącznie ponad 20 godzinach podróży — koła dotykają pasa na lotnisku Haneda.
Jesteśmy na miejscu. 🇯🇵
物の哀れ · Mono no aware — Piękno przemijania.